Mówię Jarkowi, że na dole wisi klepsydra, umarł pan Henryk.
I mówię, że nie mam pojęcia, który z naszych starszych sąsiadów mógł mieć na imię Henryk.
Może Jarek wie?
On także nie wie.
Zastanawiamy się, kto mieszkający z nami w domu, mógł mieć prawie dziewięćdziesiąt lat i na imię Henryk.
Jarek mówi, że to chyba ten pan z białym pieskiem. Odpowiadam, że pieska nie widziałam od kilku miesięcy, a wiem, co mówię, bo regularnie spotykałam pana z pieskiem w drodze z lub do naszego parku. Ostatnio widywałam pana z pieskiem bez pieska. Czy piesek należał do pana Henryka?
A może Henryk to ten pan od tej pani w blond włosach, w okularach, jeżdżący na zmianę srebrną toyotą i czerwonym golfem? No patrz, mówię do Jarka, widziałam go przedczoraj, był cały i zdrowy.
Albo ten pan, który jest bratem tej pani, co ma garaż z lewej strony i chodzi o lasce i raz wieźliśmy ją z pogrzebu sąsiada?
Pan Henryk umarł, a ja zastanawiam się, którego z tych panów spotkam, a którego już nie.
– Oho, idą zmiany – mówi Dorota w reakcji na moją decyzję. Przyszłam obciąć włosy po sąsiedzku.
Pytam, czy wie, który z sąsiadów to pan Henryk?
Dorota odpowiada, że nie ma pojęcia, ale chyba ten pan z pieskiem.
Czy to, co odczuwam to ulga, że nie jestem osamotniona w tym, że mieszkałam z kimś przez piętnaście lat w jednym domu i nie znam jego imienia?
W windzie spotykam Agnieszkę.
– Czy wiesz, który to pan Henryk? Mówi, że sąsiedzi z jej piętra celują, że to ten pan z pieskiem.
Nikt nie jest pewny.
Kojarzę starszych ludzi po samochodach, okularach, mężach, żonach i pieskach.
Nie znam imion.
Nie wiem, co u nich, jak się mają, czy czegoś nie potrzebują.
I nie jestem jedyna.
Pan Henryk po śmierci dał mi sąsiedzką lekcję.
Ps. Nigdy więcej nie zobaczyłam pana z pieskiem.